HomeMotoryzacja Jazda na motocyklu to frajda sama w sobie

Jazda na motocyklu to frajda sama w sobie

Posted in : Motoryzacja on by : Piotr Tagi: , , ,

Pogoda słoneczna, ale nie upalna. Kończy się właśnie bardzo pracowity tydzień. Zaczyna się wolna niedziela, W kieszeni jest kilka złotych, które można śmiało zmarnować na benzynę. Wyjścia nie ma. Trzeba wsiadać na motocykl i jechać. Nieważne dokąd. Ważne, żeby do przodu.

Siedząc w pracy, na ostatniej nocce w tym tygodniu, już to wiedziałem. Gdy tylko wrócę do domu, prześpię się parę godzin, potem wsiadam na motocykl i jadę. Ten tydzień był ciężki. Nowe, pilne zadania, które trzeba było wykonać. Czasu mało, obowiązków do wykonania pełno. Marzyłem tylko o końcu tych dni. Marzyłem o chwili przerwy, o momencie, kiedy wsiądę na motocykl i zapomnę. Dlatego, gdy do końca tego wstrętnego tygodnia pozostało już tylko parę godzin, zaczepiłem kolegę na Gadu-Gadu: – jedziemy jutro na spacerek? Odpowiedz mogłem dostać tylko jedną: – pewnie.

Jazda na motocyklu to frajda sama w sobie. Najlepiej się czuję, gdy jadę sam. Sam wtedy ustalam tempo z jakim jadę, sam ustalam przerwy i trasę. Jednak czasem człowiek ma ochotę na towarzystwo, chce pogadać z kimś przy kawie, wyżalić się, dowiedzieć się „co w trawie piszczy”. Wtedy, dobry kolega to świetne wyjście. We dwójkę jeszcze da się ustalić tempo, sposób jazdy, trasę. Jazda w trójkę to już tłok. Umawiamy się na Shellu w Czerwonaku. Umawiając się, zapomniałem o jednym: Shell nie ma stacji w Czerwonaku. To, co wydawało mi się Shellem, okazuje się być Statoil. Kolegę spotykam, gdy krzątał się po drogach Czerwonaka, w poszukiwaniu miejsca spotkania. Dalej ruszamy razem.

Kierunek Szubin. Droga jak to droga, troszkę kolein, sporo dziur, zamyśleni kierowcy. Nie przeszkadza nam to w czerpaniu radości z jazdy. Każdy uciekający kilometr, to jedna kreseczka więcej na pasku energii w moich osobistych akumulatorkach. Samochody znikają w lusterkach, kolejne wioski zostają w tyle. Przed nami asfalt, droga, drzewa, niebo i nic więcej. Cały świat przestaje istnieć. Problemy dnia codziennego zostają w tyle, nie są w stanie nas dogonić. Tylko czasem, jakiś zamyślony kierowca samochodu, sprowadza mnie na ziemie, zajeżdżając drogę i zmuszając do gwałtownego hamowania.

Gdy minęliśmy Szubin i skierowaliśmy się w stronę Mogilna, nadszedł czas na przerwę. 120 km za nami, drugie tyle czeka na nas w drodze do domu. Miła obsługa przydrożnego zajazdu podała nam przepyszny żurek i dwie kawy. To czas, w którym możemy pogadać. Rozmawiamy o motocyklach, o tym, co się wydarzyło w naszym życiu. Tak trudno we współczesnym świecie na częste spotkania ze znajomymi. Tylko praca, pęd za pieniędzmi i męcząca polityka. A przecież to, co najwspanialszego w życiu, to my sami. My, nasze rodziny, znajomi.

Ruszamy dalej. Droga jakby lepsza, pozwala na zabawę w zakrętach, pozwalamy sobie na lekkie szaleństwo. Prędkość trochę większa niż dozwolona. Puste drogi prowokują, a my poddajemy się tej prowokacji. Taka jazda, w Waszych oczach robi z nas piratów drogowych. Szaleństwo kończy się, gdy wyjeżdżamy na zatłoczoną „15-stkę” w kierunku Gniezna.

W Gnieźnie się rozstajemy. Koledze zaczęło się spieszyć, więc wraca główną drogą do Poznania. Ja chcę jeszcze nacieszyć się gorącym asfaltem i kieruję się na puste drogi lokalne. Znów poddaję się lekkiemu szaleństwu. Teraz jest mi jeszcze łatwiej. Nie muszę wypatrywać w lusterku znajomego światła. Drogi lokalne witają mnie dającymi dużo frajdy, ciasnymi zakrętami, zaskakująco dobrym asfaltem i brakiem aut. Czego mi więcej potrzeba? Niczego. Zapominam o całym świecie. Adrenalina wylewa się uszami. Tylko ja, zapach asfaltu i charakterystyczny dźwięk silnika. Jadę coraz szybciej, w zakrętach zaczynam przycierać o asfalt butami, przestają mi przeszkadzać jakiekolwiek znaki drogowe. Coś krzyczy w mojej głowie: STOP!

Zrozumiałem przekaz. Czas na chwilę przerwy. Las, wyłączony silnik motocykla, bezchmurne niebo. Leżę na plecach wpatrując się [plik 6 prawa]w niebo. Mógłbym tak wiecznie. Bateryjki naładowane prawie do końca. Starczy mi na najbliższy tydzień. Słychać szum wiatru, śpiew ptaków. Motocykl stoi w tych wspaniałych okolicznościach przyrody i zdaję się mówić do mnie: „dzięki kolego za ten spacer”. Ta chwila to jest to! Na to czekam zarabiając na chlebek. Ale jak każda chwila, również i ta, nie może trwać wiecznie.

Do domu nie mam już daleko. Jadę spacerowym tempem. Chłodne piwo czeka na mnie już w lodówce, a ja mam siły żeby żyć dalej.